Wakacje 2013- Dzierżno

Piątek, wielkie zamieszanie. Po kątach pokazywane są sobie nawzajem brody, peruki, rogi… Szeptem przekazywane instrukcje i plan działania. Wszystko to, gdy wokół bawią się dzieci z gliwickiego Domu Dziecka i ze świetlicy środowiskowej w Zabrzu – Rokitnicy. Przyjeżdżają do naszej Mariny na wakacyjne szkolenie. Jeszcze nie wiedzą, że za dzień, dwa czeka ich spotkanie z siłami wyższymi…

Konspiracja pełną parą, choć odwiedziły nas dzieci w różnym wieku i nie ma co marzyć nawet o tym, że nie połapią się w tym. Nawet jedna z najmłodszych uczestniczek szkoleń, córka instruktorki Tatiany, Laura, z dziecięcą szczerością wskazując na znakomicie ucharakteryzowanego diabła burczącego do zebranych „po węgiersku”, z rozbrajającym uśmiechem rzuca „Pan Ziaba?” (w tej roli rockandrollowy klubowicz Ryszard zwany „Żabą”). Ale po kolei, do wszystkich diabłów dojdziemy na koniec…

Rzecz jest o przygodzie z żeglarstwem, nurkowaniem i innymi wodnymi sprawami, jaką przeżyły dzieci z gliwickiego Domu Dziecka nr 1 i z zabrzańskiej świetlicy środowiskowej. Na zaproszenie Śląskiego Yacht Clubu i za sprawą Fundacji „Piastun – Wyrównywanie Szans” przez przeszło tydzień uczyły się wiązać żeglarskie węzły, śpiewać szanty, pływały po jeziorze żaglówkami, w tym majestatyczną dezetą Wrzaskun, kąpały się i nurkowały w basenie. Początkowe „podejście z rezerwą” szybko zamieniło się w totalne zaangażowanie. Okazało się bowiem, że z pobytu na ośrodku można mieć niezły „fan”. Zadbali o niego klubowicze SYC, w tym członkowie Akademickiego Klubu Podwodnego „Kalmar”, którzy przekazali młodym wodniakom podstawową wiedzę z zakresu nurkowania i ratowania życia. Zadbał sam komandor Śląskiego Yacht Clubu, Jan Pawłowski, który dzielił się swoją wiedzą, a zaprawiony w pracy z dziećmi pod niejednymi żaglami, doskonale ogarniał całą tę rozbrykaną gromadę. Znakomicie radziła sobie z nimi również Tatiana Niemczyk, ucząc ich praktycznych zasad żeglowania.

- W ciągu kilku dni dzieci nauczyły się knagować, cumować, sterować a przede wszystkim, bezpiecznie zachowywać się nad wodą – relacjonuje wicekomandor Marek Maziarz. – Były rejsy dezetą, ochrzczoną przez młodsze dzieci „gazetą”, było śpiewanie szant, tych bardziej strawnych dla dziecięcych uszu. Nieco starsze, piękne latorośle woziły swoje wdzięki naszą nowa motorówką, niewątpliwie rozjaśniając nasze śliczne jeziorko – dodaje Maziarz.

Tak to beztrosko spędzała czas młodzież w Marinie SYC, aż nadszedł ten czas. Ni stąd, ni zowąd nadpłynęło złośliwe diablę o imieniu Tryton by obwieścić, że dnia następnego ośrodek odwiedzi sam Jego Wodna Wysokość Neptun z szanowną małżonką Prozerpiną. Mógł dodać, czart jeden, że to Prozerpina przytaszczy Neptuna, bo, jak się okazało, bóg morza morzem rządzi, a nim rządzi kobieta…

Zanim jednak królewska rodzina zaszczyciła nas swoją obecnością, Tryton na czołach zebranych zostawił pieczęć znaczącą, którą nie można było zmyć aż do dnia następnego, pod groźbą tortur zmyślnych i wszelakich. Okazał się ów czart z morza rodem bardzo międzynarodowy, władał bowiem biegle węgierskim, rosyjskim i innymi językami splątanymi czasu dawnego w sławetnej wieży Babel…

Przybył on również dnia następnego, w świcie wielkiej Prozerpiny i (nie)mniej wielkiego Neptuna, pirata Margana, jego żony i dzieci i pomniejszych czarcich sług. A że nie taki ponoć diabeł straszny, jak go (u)malują, jeden z nich zdekonspirowany później jako Przemek Kwiecień, podarował neofitom koszulki z napisem „Jest crunchipis, jest Tugeza”.

Oj, nim je dostali, dostali cięgi od naszych diabłów! W ramach solidarności oberwało się również naszemu ochmistrzowi, o iście pirackim nazwisku – Andrzejowi Czarnynodze. Goszczące w Marinie dzieci przez cały tydzień, w każdym kłopocie szukały u niego pomocy, a on cierpliwie rozwiązywał ich drobne problemy. Z sympatią nazwały go „dziadek”, a on z przyjemnością i dla przykładu poddał się wraz z nimi czarcim torturom.

Wspaniały, barwny obrazek tworzyła również rodzina Morganów, wypisz – wymaluj prawdziwa rodzina piratów wprost z awanturniczych filmów o przygodach tychże na wielkich morzach. W tę rolę znakomicie wcieliła się rodzina Kuźniaków – Sonia, Grzegorz i najmłodszy pirat Miłosz.

Marinę odwiedziła również dyrektor Domu Dziecka nr 1, Irena Święcicka, a trzeba przyznać, że zarówno ona jak i opiekujące się dziećmi ciocie, na co dzień pracujące w placówce, oddają podopiecznym swoje serducho.

Klubowicze też oddali. Z ogromnym zaangażowaniem, szemrając cicho po kątach, przygotowali dla młodych gości wspaniałe zwieńczenie tygodniowej przygody, jaką przeżyli w ramach cyklicznego „Żagla nadziei”. Nie zrobili tego jednak za darmo. Zapłatę otrzymali w odgłosie śmiechu, jaki echem odbijał się po wodach Dzierżna…

http://dwamiasta.pl/2013/07/ale-to-byla-frajda

Zdjęcia - Wakacje 2013 - Dzierżno